TYTUŁ: Poezje i prozinki
WYDAWNICTWO: Marginesy, Warszawa 2024r.
OKŁADKA: twarda, stron: 352.
Z okładki:
Wybór najlepszych wierszy ociemniałej poetki i nieznanej dotąd, odnalezionej po latach prozy.
Wojna przecięła życie Jadwigi na pół. Przed jej wybuchem marzyła, żeby studiować kierunki humanistyczne, ale z powodu prześladowań musiała zmienić plany. Podczas okupacji brat zginął, reszta rodziny trafiła do getta, a u Jadwigi wykryto nieuleczalną chorobę oczu. Dzięki pomocy przyszłego męża udało się jej wydostać i uratować rodziców. W 1948 roku, jako dwudziestodziewięciolatka, całkowicie straciła wzrok.
Zawsze chciała pisać, ale dopiero poznanie Mirona Białoszewskiego okazało się katalizatorem twórczości. Debiutowała późno, w wieku sześćdziesięciu lat. Jej pisanie było autobiograficzne, pojawiają się więc postacie przyjaciół i rodziny: Miron Białoszewski, Anna, Tadeusz i Justyna Sobolewscy, Zdzisław Stańczak, Władysław Broniewski. Odkryła też dla siebie haiku i własną formę małej prozy, którą nazwała „prozinką” – były to scenki, a czasem mikroopowiadania, punktowane paradoksalną, czasem żartobliwą puentą. W takim lekkim tonie opowiada nawet o swoich próbach samobójczych.
W twórczości szukała także odpowiedzi, czym jest doświadczenie niewidzenia i czy da się je opisać tak, by mogła je pojąć osoba widząca. Próbowała zjednać dwie rzeczywistości: świat, który zapamiętała, i ten, którego doświadczała na co dzień.
Jadwiga Stańczykowa to autorka, o której nigdy nie słyszałam, mimo że interesuję się poezją. Była zapomniana na studiach polonistycznych, nawet nie wspominano o niej w kontekście Białoszewskiego, a szkoda, powinna znaleźć się w gronie autorów literatury współczesnej, wykładanej na polonistyce. Bardzo cieszę się, że w moje ręce wpadł ten pięknie wydany tom poezji i krótkich form prozatorskich, nazwanych przez autorkę prozinkami. Wstęp napisała wnuczka Jadwigi - Justyna Sobolewska - dziennikarka i krytyczka literacka.
Nie jest łatwo pisać o tej książce. Czuję jakbym wdzierała się w intymność pani Jadwigi. Takie są jej teksty - na wskroś osobiste, jakbyśmy byli z nią w tym mieszkaniu, gdzie głównie toczy się poezja i oczywiście prozinki. W tych krótkich formach dużo opowiada o ludziach, którzy byli w jej otoczeniu. Swoje miejsce ma ojciec, córka, wnuczka, zięć, a także Miron Białoszewski, który poznał się na jej talencie. Poetka przytacza różne dziwne rzeczy z życia swojej przyjaciółki Celiny Tatarkiewicz, która również była pisarką.
Jadwiga Stańczakowa była nie tylko redaktorką naczelną czasopisma dla niewidomych: Płomień, sekretarką, a później strażniczką pamięci Mirona Białoszewskiego. Była przede wszystkim poetką i pisarką, która debiutowała w wieku 60 lat w 1979 roku. Należy też dodać, że w bardzo młodym wieku straciła wzrok, ale nie poddała się marazmowi, choć depresja nie była jej obca, a w późnym wieku, już jej nie opuszczała.
Twórczość autorki ma bardzo unikalny styl. Pisze o sobie i bliskim jej otoczeniu. Jej życie to najlepsze tematy do wierszy. Życie jest poezją, ale raczej z tej mrocznej strony. Dużo tu bólu, ukrywającego się pod płaszczykiem czarnego humoru. Z tych utworów naprawdę wiele można dowiedzieć się o życiu artystki. Można by powiedzieć, że jej dewizą było: minimum słów, maksimum treści. Haiku w polskim wydaniu. Dlatego tak kocham literaturę współczesną bez zbędnych ozdobników.
Po tej książce pragnę jeszcze bardziej poznać Jadwigę Stańczakową z jej dzienników, do których dopisywał się Miłoszewski (jeden z moich ulubionych poetów).
Polecam serdecznie ten tom, bo tomikiem nie można nazwać tak dużej książki. Trzeba odkrywać zapomniane talenty, o tak innym od wszystkich stylu.
Maa
Moja ocena 10.
Serdecznie dziękuję wydawnictwu Marginesy za możliwość poznania tak wspaniałej artystki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz